Wprost z ostatniego zakrętu Atlasu Wysokiego wylądowaliśmy w zupełnie nowym świecie. Obraz stał się monochromatyczny, w skali odcieni żółci. Wszystko było żółtawo-pomarańczowe – ziemia, góry, sporadyczne zabudowania – nawet niebo. Jedynie wąski pas zieleni ciągnący się wzdłuż koryta rzeki Oued Ziz i powiewające na wietrze, bajkowe stroje lokalnych Berberów wnosiły do widoków jakąś kolorystyczną odmianę. Tam gdzie nie było rzeki nie było już nic. Ten kawałek ziemi, zdaje się, umknął Bogu w dniach twórczej pasji. A może po prostu – ze wszystkimi boskimi konsekwencjami tej niedyspozycji – zabrakło mu słów... Tak czy inaczej bomba. Jedziemy w to! Droga N13 na południe od Errachidii wyznacza na tym odcinku zachodnią granicę Sahary. W mordę... Afryka dzika...

Jeszcze nie zdążyliśmy rozkręcić się na prostej, gdy żółte niebo zaczęło zdradzać przyczyny swojej barwnej ekstrawagancji. Nadciągała burza piaskowa... W porządku - namiastka burzy, a więc czysta frajda. Uśmiech od ucha do ucha i chrupanie piasku w zębach. Widoczność 300 metrów, wszędzie piach, pył i gorący nawiew jak z gigantycznej suszarki do włosów.  Rzutem na taśmę przejachaliśmy pozostałe kilkadziesiąt kilometrów do Erfoudu, siłując się z bocznym wiatrem przy prędkości 50km/h. Zaplanowane pole namiotowe okazało się miejscowym gruzowiskiem. W ramach spontanicznego planu B trafiliśmy do ośrodka rekreacyjnego o ironicznej, zważywszy okoliczności, nazwie `Nautique'. Właściciel ucieszył się jakbyśmy mu z nieba spadli. Wiadomo – łatwy kąsek. Wszedłem na rozpoznanie. Paru nieco przypiaszczonych klientów sączyło swoje bezalkoholowe drinki nad odkrytym basenem z wodą w kolorze żółtym. Wyżej, korony palm dostawały amoku, ale w dole zaskakujący spokój i cisza.  Dość surrealistycznie, a to zazwyczaj dobry znak. Właściciel poprowadził mnie na zaplecze ośrodka i wskazał na dostępne zakwaterowanie. Pokoik wielkości budy dla dużego psa, z łóżkiem, oknem i drzwiami wprost na dziedziniec. Standard jak żart, ale ten nieprawdopodobny spokój... Nie musiałem nic mówić. Gość w lot pochwycił, które ze swoich 1001 marketingowych zaklęć powinien rzucić. Łamanym angielskim, gęsto przeplatanym francuskimi i arabskimi wstawkami, zaczął powtarzać: "very tranquille, yella, very tranquille...". Miał mnie. Yella, było tak tranquille, że mógłbym się stamtąd już nigdy nie ruszać... W jednym zdaniu dobiłem targu.