oknem i
drzwiami wprost na dziedziniec. Standard jak żart, ale ten nieprawdopodobny spokój... Nie musiałem nic mówić. Gość w lot pochwycił, które ze swoich 1001 marketingowych zaklęć powinien rzucić. Łamanym angielskim, gęsto przeplatanym francuskimi i arabskimi wstawkami, zaczął powtarzać: "very tranquille, yella, very tranquille...". Miał mnie. Yella, było tak tranquille, że mógłbym się stamtąd już nigdy nie ruszać... W jednym zdaniu dobiłem targu.